stan

Słońce przesunęło się nieznacznie. Nie razi już. Unieruchomienie sprawia że jestem poddany jego oglądowi. Ciało zmęczone mam nie wiem czym. Bezruchem. Ciężkością. Kulami. Ortezą. Dochodzę do wniosku, że gdyby chcieć mnie pozbawić umysłowego zdrowia, wystarczyłoby mnie definitywnie pozbawić możliwości ruchu… Popadłbym w szaleństwo szybko i chyba nieodwracalnie.

Pomagają wtedy tylko środki uśmiercające ból. Staję się po nich trochę normalniejszy, ale przecież to nie jest w żadnym stopniu normalne. To mnie zabija, znieczula na coś bardziej groźnego. Pozostaje wtedy tylko stan przetrwania. Egzystencja neuronów, nerwów, mięśni, tkanek miękkich i części twardych. Staję się… Kim?

A może to forma medytacji. Może to forma kontemplacji pęcherzyka powietrza zamkniętego w szkle, który podobno porusza się. Wolno, ale się porusza. Nie wiem, kto nadałby sens tego typu obserwacjom i wyciągnął odpowiednie wnioski, nawet jeśli miałby udzial tylko w wycinku tego procesu. Myślę, że można czuć się wyjątkowo patrząc na taki powietrzny pęcherzyk… Inni obserwatorzy wyciągają rdzenie lodowe na Antarktydzie, żeby rozszyfrować zaklętą w nich przeszłość. A co zaklinam ja?

Sponsored Post Learn from the experts: Create a successful blog with our brand new courseThe WordPress.com Blog

WordPress.com is excited to announce our newest offering: a course just for beginning bloggers where you’ll learn everything you need to know about blogging from the most trusted experts in the industry. We have helped millions of blogs get up and running, we know what works, and we want you to to know everything we know. This course provides all the fundamental skills and inspiration you need to get your blog started, an interactive community forum, and content updated annually.

dźwięki

Przed siódmą bije dzwon w niedalekim kościele. Wraz z mrozem niesie dźwięk bardzo łatwo w stronę moich uszu. Przypomina mi się, że kiedyś nauczyciel geografii w szkole mówił nam, że gdyby krzyknąć przy wielkim mrozie na Antarktydzie, to dźwięk niósłby się wiele kilometrów bez przeszkód. Pomyślałem dalej, że ta Antarktyda jakoś się do mnie ostatnio przyczepiła, a może ja przykleiłem się do niej?

Słońce grzeje. Śnieg znika. Krople kapią na parapet. Kap. Kap. Ktoś trąbi w oddali. Ktoś szura meblami. Orteza też jakoś trzeszczy. A może to trzeszczą moje kości? Moja lewa stopa. Lewa noga podobno jest symboliką matki. Wkoło pełno symboli.

Śnię. Zapuszczam się później w jakieś poszukiwania. Odkrywam, albo raczej się upewniam, że terapeuta ze snu ma nadal gabinet tam, gdzie miał blisko dwadzieścia lat temu. Jak echo powraca do moich wspomnień kilka jego słów z pierwszej sesji. Dźwięki słów, których się nie zapomina. Między wierszami pada tytuł prozaicznego pytania. „Dlaczego jesteśmy razem?”

świat

Leżę pod mapą świata. Patrzę na świat z perspektywy Bieguna Południowego. Ruszam się niewiele. Spoglądam. Patrzę. Najbliżej mam do Ameryki Południowej. Z tej perspektywy świat jest jakby do góry nogami. No tak. Przecież on teraz taki jest. A może taki był zawsze? Pozycja obserwatora sprawia, że do realnego domu mam ogromnie daleko. W sumie dom i jego duża okolica zniknęłaby pod palcem wskazującym. Zastanawiam się, gdzie można zamieszkać. W tym życiu? Czy w przyszłym? Nie potrafię się zdecydować. Wiem jedno. Uwiera mnie nie tylko gips.

sekwencja

Jest grudzień. Brak śniegu. Pada deszcz. Niedługo gwiazdka zaświeci, ale nie zobaczę jej, bo niebo całkowicie zasnute. Pewnie poczuję jej dotknięcie gdzieś w boku. Taki zwiastun. Ślad obecności. Duchową jedność z Kosmosem i Magią.

Tymczasem studiuję plakat na ścianie. Wystawa Degas, Cezanne, Seurat. Pierwsza połowa 2015. Muzeum d’Orsay. Tytuł po niemiecku. Das Archiv der Träume. Czemu tak? Nie wiem. Na plakacie obraz Degasa. Nach dem Bad… Ładnie tu. Nikt nie pomyślałby, że tak bywa w szpitalu. Jednak bez obaw. Ja tu na chwilę. Moja lewa stopa do mnie coś mówi. Przy okazji dowiedziałem się, że nie jestem covidianinem. Mogę żyć dalej spokojnym rytmem dnia za dniem. A jak wrócę do domu, to będą święta.

Bądźmy zdrowi, optymistyczni, pełni nadziei, uśmiechnięci. To więcej niż materialne bogactwo świata.

od zmierzchu do świtu

Ten stary tytuł zagrzał w poczekalni już tyle czasu, że pora na wypuszczenie go na świat. Rok. Miara upływania czasu. Miara bezkresu i nieskończoności, albo i ograniczenia, które wydaje się doskwierać. Coraz bardziej. W nocy – wydaje się – jest prościej. Jednak – dopowiadam sobie w myślach – jest trudniej. Trudniej, bo lepiej mi się cokolwiek robi, kiedy świeci słońce. Kiedy słońca nie ma, kiedy ono śpi, to można zmagać się z cieniem. Własnym cieniem. Tym, którego nie wywołuje światło. Cieniem w środku. Siebie.

W poszukiwaniu słońca można iść w świat. Kiedyś trafiłem na ogłoszenie. Oferowano pracę. Na Antarktydzie. W stacji badawczej. Pomyślałem, że tam jest dużo słońca, ale potem przypomniałem sobie, że są śnieżne burze i mróz taki, że umarłbym z zimna. Dlatego była to tylko taka ciekawostka na temat pracy marzeń. Nie lubię zimna. Potrzebuję słońca. Myślę zatem dalej… Co zrobić?

Pójść w sen.

lettre

Zapasy skończyły się w drodze do piekła. Piekło jest rajem oglądanym z drugiej strony. Nasze domy obok fabryk. Nasze domy pośród nocy. Sen. Nie przychodzi. Śniłem. O sobie gdzieś tam. Piękne fale na dole. Ja nad klifem. Ludzie w wodzie. Tęsknota za kąpielą. Słoną wodą na skórze. Wiatrem od zachodu. Kuchnia na górze z fajerkową kuchnią. Brak. A potem przez przypadek rozmowa z dzieckiem. Popatrz – mówię – te linie są jak z Bauhaus. Pokazuję. Interesuję. I pojawia się przez przypadek jeden klik dalej. Pogarda Godarda. Willa na skale. Capri. Ze snu klif. Co jest?

wstecz

Jedno zdjęcie wstecz czasu. Historia z morałem, albo i bez. Zależy, jak na nią spojrzę. Kuszetka. Miejsce na górze. Nocny pociąg daleko stąd. Sen. Bezsen. Czuwanie. Kosmos daleko. Refleksja. Garść smutku. Plecak z radością. Słowa. Pokarm dla duszy. Marzenia o byciu i tu, i tam.

czasami

Bywa, że człowiek wstaje od wieczornego stołu,
Otwiera drzwi i idzie przed siebie,
Szukać wiary gdzieś na Wschodzie.

A jego dzieci modlą się za niego, jakby nie było go już wśród żywych.

Inny zaś, który pozostał w domu,
Umiera wśród garnków i naczyń kuchennych,
A jego dzieci muszą ruszyć w świat,
W poszukiwaniu wiary o której zapomniał*.

* R. M. Rilke [w] Terrence Real. Nie chcę o tym mówić. Jak przezwyciężyć dziedziczenie męskiej depresji w tłumaczeniu Pawła Lubońskiego. Wiersz na potrzeby tej książki został zaczerpnięty ze zbioru Bly, Hillman, Meade: The Rag and Bone Shop of the Heart. Poems for Men i nosił tam tytuł Sometimes a Man Stands Up During Supper a został przetłumaczony przez Roberta Bly, znanego w Polsce przede wszystkim za sprawą książki Żelazny Jan, która porusza tematykę męskiej duszy, inicjacji, istoty bycia mężczyzną. Oryginał wiersza to Manchmal steht einer auf beim Abendbrot dostępny na stronie z poezjami Rilkiego. Nie znalazłem polskiego, tzw. poetyckiego, tłumaczenia.

zapach

Już mi nie pasujesz – mówi ona. Drażni mnie twój zapach – dodaje ona po chwili a on stoi z żelazkiem w ręku zawieszony niczym w próżni doskonałej. Nie chce słyszeć tego, co opracowali już wzdłuż i wszerz teoretycy socjobiologii. Nie oszukuj siebie – zabrzmi w jego umyśle odrobinkę eonów czasu później…

Myśli, że przecież jest zapach kobiety. Urocze widowisko. Myśli, że jest przecież delicatessen. Pierwotność przeznaczenia. Myśli, że jest przecież mlaskotka. Coś na kształt kotka, myszki, chimery…

klon

Siedzę na ławeczce. Klon obok jakiś wyskromniały w pokroju. Kiedy przyjrzeć się bardziej, okazuje się, że stracił gałęzie. Obcięto je. A on daje cień na placu zabaw bardzo już odległym od obecnego miejsca mojego zamieszkania, ale bliskim do wspomnień. Chociaż – dumam sobie – on powstał już w czasach powiedzieć można nowożytnych. A kiedyś tam obok był domek z cukiernią. Nie pamiętam smaków, ale pamiętam domek. Potem domek stał niczym widmo z zamurowanymi oknami a potem został wyburzony. Nie wiem, ile osób siedzących tutaj z dziećmi pamięta ten domek. Może ktoś pamięta bardziej zielony klon, a może tylko ja mam taki zniekształcony umysł…

Siedzę i myślę. O Wszechświecie. To chyba najsensowniejsze myśli jakim mogę się poddać, bo myśl o czymś innym sprawia, że wychodzi z tego kronika wypadków miłosnych. W sam raz z tym klonem w tle…