powściągliwość

brak mi słów a może świadomie ograniczam ich ilość

brak mi gestów a może świadomie ograniczam ich ilość

brak mi zachwytów a może świadomie dozuję ich ilość

brak mi…

Reklamy

przed snem

Być może za sprawą filiżanki mocnej herbaty. Być może za sprawą konstelacji gwiazd. Być może za sprawą układu wieczornych spraw.

Nie mogłem zasnąć. Kładłem się na lewym boku, co mi zazwyczaj pomaga, bo serce pracuje inaczej, ale tym razem nic to nie dało. Patrzyłem na okno oświetlone lekko światłem z okolicy, co mi czasami pomaga, bo myślę o odległych krajach, ale tym razem nie pomogło mi wcale. Pomyślałem, że będę liczył owce, czarne barany, co poprzez swoją nużącą jednostajność mi czasami pomaga, ale tym razem nie pomogło mi wcale. Stado uciekło gdzieś na klif.

Jedyne, co mi zostało to wsłuchanie się w dźwięki. Za oknem była cisza. Nie było słychać odległych samolotów, bliższych samochodów, pracujących całą dobę maszyn trzymających przy życiu miasto, szpitalnej aparatury podtrzymującej czyjeś nadwątlone życie… Nic. Cisza.

Słuchałem dalej. Z dźwięków bliskiego otoczenia wyłowiłem miarowe tykanie zegara. Że też jemu się to nigdy nie nudzi? Słuchałem dalej. Wyłowiłem obracające się miarowo śmigła zmywarki. Im także się nie nudzi, ale one mają inny program i czasami zmieniają rytm. Czasami także się buntują, Słuchałem dalej. Usłyszałem swoje serce…

inaczej

Tutaj jest inaczej niż tam. Księżyc powoli na wieczornym niebie nabiera blasku i mocy. Zgiełk życia brzmi inaczej, ale przecież hałas wielkiego miasta i podmiejskiej wioski są w sumie tym samym. Pociągi odjechały. Świerszcze ucichły. Myśli są inne.

bezsenność

Ugryzł mnie kilka razy ten sam zdesperowany komar. Nie śpię. Wypijam zieloną herbatę. Czytam. Rozmyślam. Czytam… Jestem w obcym miejscu. Czuję się tutaj niczym w pustelni parmeńskiej, ale to tylko opcja numer 3. Świerszcze cichną, w oddali hałasuje przejeżdżający pociąg. Myśli tłoczą się…

uliczka poprzeczna

Do uliczki z boku, na której strażnicy aut zbierają na alkohol, przylega ulica poprzeczna. Przy niej restauracyjny ogródek. Pora wydawania śniadań. Przy tym samym stoliku każdego dnia inni ludzie. Nie zaglądam im w talerze, ale patrzę w oczy.

Młody chłopak i starszy mężczyzna. On gładki, wymuskany, biznesowo zapięty pod szyję. Może młody prawnik? Spojrzenie zdradzało, że nie jest pewny siebie. Nie przypisuję sobie, że to zasługa mojego spojrzenia, raczej za sprawą rozmówcy z którym dzielił śniadaniowy stolik. Być może starszy mężczyzna siedzący z młodym był starym wygą, wytrawnym graczem, albo cwaniakiem ubranym w piaskowy garnitur…

Facet w średnim wieku i kobieta. Facet w koszulce jak z wyścigów formuły 1. Ilość reklamowych logo porażała blaskiem. Zagadywał brunetkę potokiem słów. Ona zdawała się go nie słuchać wpatrzona w ekran smartfona. Być może wybierała dodatkowy sok do zamówienia…

Kobieta w nieokreślonym wieku i druga, być może jej daleka kuzynka. Było w nich coś podobnego, ale na poziomie stroju. Ten sam gust? Ten sam krawiec? Ten sam perłopław? Tak, której twarz widziałem, patrzyła na swą towarzyszkę z przenikliwością królowej lodu. Nawet mnie zmroziło to spojrzenie. Odwróciłem wzrok, żeby nie dać się zamrozić…

uliczka

Uliczka ciut z boku. Parkują tam samochody i jest kilka knajpek, jak to w centrum miasta. Jest dwóch dyżurnych parkingowych, którzy zbierają wciąż na piwo, które wieczorem znika w ich gardłach. Są tam, stanowią okoliczny folklor, widać po nich zmęczenie życiem, ale i upartość trwania w stanie, za jaki są odpowiedzialni. Są w jakiś sposób niegroźni, być może nawet bardziej spokojni, niż niektórzy goście knajpek, jeśli już są w czubie… Oczywiście nie wiem, co dzieje się, kiedy i oni są w czubie, bo kiedy „są w pracy”, to wyglądają na trzeźwiejących.

Uliczką ciut z boku, ale nieco dalej szedłem jakiś czas temu. Vis-a-vis szedł mężczyzna wyróżniający się z tłumu, chociaż żadnego tłumu nie było wokół. Miał w stroju coś eleganckiego, coś jednocześnie ekstrawaganckiego, coś odcinającego go od tła okolicy. Przyciągał sobą wzrok. Może nie tak jak Willy Wonka, ale … W ręku coś trzymał. Oczy miał czerwone z przepicia, ale rzucił mi rodzaj zawadiackiego, wyzywającego nieco spojrzenia, jakby chciał podkreślić swoją wyjątkowość. Pewnie pił drogie trunki, był zdegradowanym agentem jej królewskiej mości, oszukanym wynalazcą eliksiru nieśmiertelności, zlicytowanym milionerem, upadłym marszandem, wyrzuconym z apartamentu zazdrośnikiem, albo aktorem swojej życiowej roli w której nie udało się grać kolejny sezon. Minęliśmy się mierząc szpadami spojrzeń i każdy poszedł w swoją stronę. Być może zaczepiony opowiedziałby mi historię życia w którym nie ma miłości…

szpaki

Przyleciały. Całą chmarą. Jak mają to w zwyczaju. Nie widziałem ich, tylko najpierw usłyszałem. Świergot dziesiątek, setek pewnie ptaków, które obsiadły gałęzie, zlatywały na ziemię, pluskały się w błotnych kałużach, wracały na drzewa i tak wciąż i wciąż. I śpiewnie dawały o sobie znać. Gadały ze sobą w sobie znanym ptasim języku.

Obok pojawiły się żerujące kawki, poruszały się po ziemi trochę zalotnie i nagle dostrzegłem lecącą miejską mewę. Leciała cicho i wtem szpaki ucichły. W jednym momencie poderwały się do lotu i już ich nie było. Przez krótką chwilę ich chmara niczym ciemna chmura zakryła słońce i odleciały tak zwinnie, jak się tutaj pojawiły. Zapadła znów miejska cisza.

letni smutek

Lato. Czas beztroski. Odpoczynku. Słodkiego lenistwa. Wakacji. Długich dni. Krótkich nocy. Czas odpoczynku, wypoczynku, regeneracji. A jednak…

Bywają takie wieczory, bywają takie ranki, że czuję letni smutek. Powinienem zachwycać się pięknym światłem zachodu słońca, które prześwietla się przez dziury w chmurach, które maluje morelowe niebo, albo pociąga po chmurach zalążkami fioletu, czymś, w czym zakochać się można niczym w obrazach Turnera, albo Ajwazowskiego. Powinienem utrwalać w swej pamięci ulotne wschody słońca, które malują obrazy.

Kiedyś trafiłem do letniskowego domku w dolinie Słupi. Przy małym dziecku wstawanie było codziennością. I prawie codziennie wstawałem i wychodziłem na taras. Łąka w niewielkiej dolince parowała lekko mgłą. Ptaki wykrzykiwały swoje powitania. Wiatr muskał pieszczotliwie liście i próbował zaplatać warkocze falującym zbożom. Było około trzeciej nad ranem. Niebo malowało się wschodnią poświatą i gwiazdy przygotowywały się do przywitania tęskniącego za nimi słońca. To był jeden z tych widoków, których się nie zapomina do ostatnich dni.

Czasami, kiedy patrzę na niebo, kiedy czuję ten bezkres i brak ograniczających granic, wiem, że można płakać, można się śmiać, można cierpieć, można topić się ze szczęścia, ale nie można zatrzymać czasu. To zaskakujące, że lato zaczyna się wtedy, kiedy już nie wydłużają się dni. Znów wszystko idzie w kierunku mroku. Za szybko. Za wcześnie. Nie tak. To jest powód mojego letniego smutku…

Nie powstrzymam czasu. Podobnie, jak nie potrafię powstrzymać piękna.

czytanie z myśli

Możesz mówić i zmyślny program mowa-do-tekst zamieni twoje wypowiedziane słowa na słowa zapisane. Możesz zagniatać ciasto na pizzę, możesz malować paznokcie, możesz prasować, możesz słuchać czegoś w słuchawkach drugim uchem, albo nawet szumu wiatru bez słuchawek a słowa i tak się przeleją. Nawet wykrzyknik możesz postawić po o! To tylko kwestia wprawy.

Kiedy odkryłem tego typu cuda, spisywałem nimi wywiady. Spisywałem, to niedobre słowo. Lepszym byłoby chyba przekładałem.

Pewna Wiedźma, którą kiedyś poznałem, mówiła mi, że powinienem nagrywać to, co przyjdzie mi do głowy. Usłyszałem wtedy to tak dosłownie. Próbowałem nawet tych nagrywanych notatek w nokia e71, ale w sumie dopiero niedawno doszedłem do wniosku, że być może powinienem rejestrować głosowo to, co mi przychodzi do głowy, jako pomysły, myśli, przemyślenia, refleksje… Mam jednak z tym problem. Zbyt zbaczam z tematu i tak naprawdę muszę się trzymać notatek. Te zaś potrzebowałbym wcześniej zrobić. Żeby je jednak zrobić, potrzebuję notesu przy łóżku, w autobusie, metrze, albo niezawodnej aplikacji, co nie zje notatek jako wersje robocze wiadomości tekstowych, tak jak ostatnio zrobiła to lumia.

Mowa-do-tekst przyda się do wszystkiego, nawet zapewne do miłosnego listu, bo teraz już nie trzeba wyciągać pióra, napełniać je atramentem i pisać, pisać, co tam w duszy gra. Chociaż tak byłoby z pewnością ładniej.

A gdyby tak była aplikacja do myśl-do-tekst? To byłaby furora… Jednak, jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to może jednak nie byłaby to furora. Raczej przekleństwo. I oby gdy czytanie z myśli nie było realnie dostępne.